Brytyjczycy zebrali już ponad 2 miliony podpisów pod petycją o rozpisanie ponownego referendum, pojawiły się również głosy prawników oznajmiające, że wynik poprzedniego głosowania można bezkarnie zignorować. Propozycje te wydają się jednak mało prawdopodobne w anglosaskich realiach politycznych.

 
Nieliczni komentatorzy, zwłaszcza polscy i rosyjscy, usiłują obniżyć rangę już zakończonego referendum i przekonać większość, że do wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej tak naprawdę nie dojdzie, że przeważy tu wola mniejszości Brytyjczyków, rzekome straty ekonomiczne lub arbitralne rozstrzygnięcie polityczne. Prognozy te często zabarwione są polską lub rosyjską mentalnością polityczną, w której władze już po zamknięciu lokali wyborczych są praktycznie niekontrolowane ani nierozliczane przez społeczeństwo, a premier lub prezydent sprawują w istocie władzę absolutną. Duch politycznych praw państw anglosaskich jest jednak zdecydowanie odmienny od słowiańskiego, co uwzględnić trzeba przy ocenie pięciu najczęściej powtarzanych zarzutów.

 

1.  Niskie zwycięstwo Brexitowców pozwala na zignorowanie wyniku referendum

Wynik referendum brytyjskiego nie znajduje oparcia w kategorycznych przepisach tamtejszego prawa obligujących władze do natychmiastowego wprowadzania woli narodu w życie. Ale wcale nie musi. Za opuszczeniem Unii Europejskiej głosowało 17,410,742 Brytyjczyków, a ich przewaga nad zwolennikami pozostania we Wspólnocie sięgnęła 1,3 miliona głosów. Różnica ta wyniosła więc mniej więcej tyle, ilu mieszkańców liczy Warszawa i ilu Szkotów głosowało w 2014 roku we własnym referendum za niepodległością. Trudno będzie jakiemukolwiek politykowi, który zajmie miejsce Camerona, próbować z tymi liczbami dyskutować. Frekwencja była niespotykanym od 1950 roku na wyspach rekordem, udzielone idei Brexitu poparcie uznać więc należy również za rekordowe. W przypadku Polski lub Rosji władza przyzwyczaiła obywateli do autorytarnych rozstrzygnięć i ignorowania ich woli, ale tak dojrzała demokracja jak brytyjska nie ma tego w zwyczaju. Sprzeciwiając się woli 17,5 miliona obywateli złamano by wszelkie standardy stanowiące chlubę i dumę anglosaskiej demokracji. Zauważyć też trzeba, że w krajach o ugruntowanej demokracji decyzje rozstrzygające (np. wybór prezydenta) bardzo często zapadają ledwie procentami głosów i nikt po nich nie mówi: „odwołajmy prezydenta USA, tylko garstka ludzi więcej za nim zagłosowała”. Jednak zagłosowała większość, reguły gry zostały ustalone przed głosowaniem i należy ich przestrzegać. Brytyjczycy głosują nawet w wyborach parlamentarnych w oparciu o system Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), w związku z czym przywykli do tego, że zwycięzca (nawet taki o jeden głos) bierze wszystko a eliminacja popularnego lidera politycznego w drodze takiej przegranej „o włos” jest normą współczesnej demokracji. Argument o znikomym, tylko 4% zwycięstwie Brexitowców jest więc śmieszny i wynika z braku zrozumienia mentalności politycznej Anglosasów. Potwierdza to kategoryczne stanowisko premiera Camerona, który zapowiedział zarówno swoją dymisję, jak i wdrażanie procedury wystąpienia z Unii Europejskiej.

2. Gibraltar i Szkocja powstrzymają BREXIT?

W Anglii i Walii idea Brexitu zyskała szerokie poparcie, inaczej głosowali jednak mieszkańcy innych części Zjednoczonego Królestwa. Gibraltar pobił rekord euroentuzjastów - 96% głosów sprzeciwiających się ogólnobrytyjskiej większości, zaś Szkocja zapowiedziała wręcz podjęcie kroków w stronę pełnej niepodległości i pozostania w Unii Europejskiej (za czym opowiedziało się w niej 62% Szkotów). Fakty te nie mają jednak żadnego znaczenia dla Anglików i Walijczyków, oni w zgodzie z zasadami demokracji już podjęli decyzję. Jeśli Śląsk w drodze plebiscytu połączyłby się z Niemcami, to trudno oczekiwać, by Małopolska, Podlasie i Mazowsze podążyły jego śladami. W przypadku Wielkiej Brytanii sprawa wygląda podobnie. Rząd w Londynie nie zignoruje woli 17,5 miliona wyborców by zaspokoić oczekiwania mniejszości, zwłaszcza, że Szkocja już raz w 2014 roku zrezygnowała z odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa. Podobnie zakończyć się może aktualnie zapowiadane referendum niepodległościowe, gdyż poza pro-unijnymi sentymentami decyzja taka byłaby skrajnie niekorzystna właśnie dla Szkocji. Kraj ten nie ma dostatecznie rozwiniętej gospodarki, by zyski z handlu z Unią Europejską skompensowały prawdopodobne bariery na rynku lokalnym, w tym być może nawet bariery celne.  Zadać należy na spokojnie pytanie, co jest bardziej kłopotliwe: potencjalne legitymowanie się paszportem przy wjeździe do Niemiec lub Rumunii, czy też przy każdej wyprawie do kuzyna mieszkającego w sąsiednim miasteczku? Tego typu prozaiczne argumenty mogą ponownie rozstrzygnąć o utrzymaniu status quo. Natomiast Gibraltar z 30 tys. mieszkańców nie stanowi poważnej przeszkody na drodze do Brexitu chociażby z tego powodu, że niewiele się tam zmieni - nie należy on ani do unii celnej, ani nie jest objęty przepisami o podatku VAT, a odczuwalne przywileje kończą się na brytyjskim paszporcie umożliwiającym swobodę przemieszczania się po terytorium Schengen, które właśnie dogorywa przez zagrożenie terrorystyczne i niekończącą się falę imigrantów.

3. Polski prawnik z Oxfordu

W internecie furorę zrobił wpis polskiego prawnika Mikołaja Barczentewicza, kwestionującego prawdopodobieństwo wywiązania się władz brytyjskich z dyspozycji narodu wyrażonej wynikiem omawianego referendum. Jak słusznie zauważył, powołując się przy tym na prowadzenie wykładów z prawa konstytucyjnego na elitarnym Oxfordzie, referendum to nie jest wiążące prawnie. Ale za tym spostrzeżeniem wysunął już bezpodstawny wniosek (chętnie podchwycony i rozpowszechniony przez rzeszę Polaków przerażonych możliwością ich wyproszenia z wysp), iż nie należy się nim przejmować, gdyż jakiekolwiek zmiany w relacja Londyn-Bruksela nastąpią najwcześniej za kilka lat, a może nawet w ogóle do nich nie dojdzie. W istocie jest dokładnie odwrotnie. Brytyjskie referendum nie jest sankcjonowane w aktach prawnych, gdyż takiego „wzmocnienia” w ogóle nie potrzebuje. Władza zawiera „kontrakt” z wyborcami pytając w drodze referendum o ich wolę, a następnie tę wolę realizuje - czyli wypełnia właściwe dla dojrzałej demokracji obowiązki. Wielka Brytania ma zupełnie inną kulturę polityczną niż Polska i tam naród nie jest tak spolegliwy jak polski, biernie akceptujący kłamstwa wyborcze polityków. Dodatkowo na straży przestrzegania ładu państwowego stoi tam monarchia, tak więc o ile dzisiaj Zjednoczone Królestwo faktycznie jest jeszcze członkiem Unii Europejskiej, to prognozy odwlekania konkretnych działań prawnych lub w ogóle zignorowania wyniku referendum są absolutnie nierealne, chyba, że działania zablokuje lub uczyni nieodpowiednimi nadzwyczajna sytuacja zewnętrzna. Musiałaby ona jednak sięgać rangi np. wojny konwencjonalnej na terytorium Europy Zachodniej. Na tym opiera się filozofia brytyjskiego prawa, że króluje w nim zasada lojalności władzy wobec obywatela, co dostrzegalne jest chociażby w kulturze relacji na linii administracja państwowa (urzędnik) - obywatel. Dlatego referendum nie musi mieć oparcia w bezwzględnym przepisie egzekwującym natychmiastowe obowiązywanie jego wyniku, ale i tak będzie respektowane. Dowolne zastępowanie elementów jednej kultury polityczno-prawnej elementami drugiej, czyli brytyjskiej (lojalności władzy wobec obywateli) polską (niedotrzymywania umów jeśli tylko kruczek prawny na to pozwoli), jest co najmniej chybione, jeśli w ogóle nie stanowi celowego zamętu mającego tylko wypromować wspomnianego prawnika w środowiskach polonijnych.

4. Blokada gospodarki Wielkiej Brytanii przez Unię Europejską?

Kolejnym czynnikiem mającym „przemówić do rozumu” brytyjskiemu rządowi ma być marginalizacja gospodarcza i wynikające z tego poważne straty ekonomiczne. Pomijając fakt oszczędności na składkach unijnych (Wielka Brytania jest jednym z największych płatników netto do unijnej kasy) i brak jakiejkolwiek woli politycznej wśród liderów unijnych by wywierać taki nacisk, działanie to jest bardzo mało prawdopodobne z uwagi na gęstą sieć powiązań gospodarczych między koroną a wpływowymi europejskimi (a także azjatyckimi i amerykańskimi) inwestorami. Londyn króluje bowiem na rynku spółek off-shore, wykorzystywanych do dyskretnych inwestycji, wehikułów podatkowych i omijania wszelkiego typu ograniczeń prawnych na rynkach lokalnych. Również zdecydowana większość tzw. rajów podatkowych to dawne terytoria kontrolowane przez koronę, co dzisiaj nadal zachowuje aktualność. Pomimo rozpadu imperium kolonialnego to Wielka Brytania zapewnia im protektorat polityczny i wojskowy, a często bezpośrednio lub zakulisowo ingeruje w sprawy swoich dawnych poddanych. W tamtejszych bankach znajdować się mają biliony dolarów, stanowiące rezerwy legalnie i nielegalnie działających przedsiębiorców. Próba zamknięcia rynków europejskich dla wolnego handlu oznaczałaby strzał w kolana gospodarek unijnych, stąd bardziej prawdopodobny wydaje się raczej wariant dołączenia Wielkiej Brytanii do grona państw współpracujących z Unią, takich jak Szwajcaria i Norwegia, lecz najpewniej na bardziej ulgowych warunkach. Wojna finansowa nikomu się nie opłaca.

5. Petycja o ponowne referendum

Najmocniejszym argumentem przeciwko Brexitowi wydają się ponad 2 miliony podpisów pod petycją za ponownym rozpisaniem referendum, jednakże z zastrzeżeniem w jej treści, że wyjście lub pozostanie w Unii Europejskiej jest możliwe jedynie wtedy, gdy za którąś z opcji opowie się co najmniej 60% głosujących przy 75% frekwencji w skali kraju. Wprowadzenie post factum większości kwalifikowanej wyklucza w praktyce możliwość przegłosowania Brexitu i zarazem blokuje większość przez mniejszość. Prawo brytyjskie wiąże władze koniecznością ustosunkowania się do petycji popartej przez co najmniej 100 tys. obywateli, lecz nie wymusza uwzględnienia skierowanego żądania i w tym przypadku ponownie odwołanie do anglosaskiej praktyki politycznej wskazuje na właśnie takie rozstrzygnięcie. Po pierwsze przychylenie się do „dogrywki” otwierałoby drogę do… trzeciego referendum, na podstawie przyszłej petycji milionów Brytyjczyków domagających się ponownego głosowania z ponownym zastosowaniem kryterium zwykłej większości. Nie ulega też wątpliwości, że autorzy petycji uczestniczyli lub mogli uczestniczyć w pierwszym referendum, ponowne oddawanie przez nich głosów mija się więc z celem, tak jak osądzanie sprawy już raz osądzonej. Powaga brytyjskiej demokracji zostałaby naruszona, podobnie jak zasada lojalności władzy państwowej wobec obywateli, którzy znając „reguły gry” podjęli decyzję co do swojej przyszłości i karnie udali się 23 maja do urn. Nadal przecież 2 miliony podpisów pod petycją to mniej, niż 17,5 miliona głosów oddanych za Brexitem w prawidłowo ogłoszonym i przeprowadzonym referendum.

*  *  *

Główne argumenty podnoszone przez przeciwników Brexitu wydają się nie zasługiwać na uwzględnienie. Demokracja wypowiedziała się jednoznacznie, a rzekomo „nieistotna” większość to łącznie 17,5 miliona głosów brytyjskich wyborców. Odrzucenie ich werdyktu nie marginalizowałoby jedynie tych 1,3 miliona z nich przeważających ponad zwolennikami pozostania w Unii Europejskiej, ale wszystkich, którzy nie chcieli przyjmowania uchodźców, integrowania się z absurdalnymi pomysłami legislacyjnymi Brukseli, otwierania granic dla milionów robotników czy płacenia zasiłków na dzieci obcokrajowców goszczących w ich ojczyźnie. Nie ma przy tym znaczenia wola ani polskich, ani rosyjskich komentatorów, a tym bardziej szantaż ze strony Szkocji, która na wystąpieniu ze Zjednoczonego Królestwa straci o wiele więcej, niż na rezygnacji z Brukseli. Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy brytyjskie władze postąpią honorowo i z szacunkiem wobec wielowiekowej tradycji demokratycznego państwa prawa, czy też ulegną naciskom przegranej londyńskiej mniejszości i własnych doraźnych interesów politycznych?

 

Kazimierz Turaliński

 

comments

Ekonomia - wybrane artykuły

Wzrośnie eksport polskiej wołowiny do Turcji



Trzy nowe, polskie zakłady zostały wpisane na listę zakładów uprawnionych do eksportu wołowiny, którą prowadzi Ministerstwo Żywności, Rolnictwa i Inwentarza Żywego Republiki Turcji. 

 

RAPORT: BREXIT PEWNY CZY NIEPEWNY?



Brytyjczycy zebrali już ponad 2 miliony podpisów pod petycją o rozpisanie ponownego referendum, pojawiły się również głosy prawników oznajmiające, że wynik poprzedniego głosowania można bezkarnie zignorować. Propozycje te wydają się jednak mało prawdopodobne w anglosaskich realiach politycznych.

 

Rekordy na warszawskim rynku deweloperskim



II kwartał 2016 roku to rekordy sprzedażowe dla warszawskich deweloperów. W II kwartale sprzedano 5608 mieszkań na rynku pierwotnym. Dla porównania, w analogicznym okresie roku ubiegłego sprzedaż na warszawskim rynku była niższa o 22,9%. 

Debata PAP: fałszerze dokumentów nie mogą mieć "klawego życia"

Dokumenty sądowe i notarialne powinny być zabezpieczane tak, aby skutecznie zniechęcić przestępców do fałszerstw – zgodnie twierdzili uczestnicy zorganizowanej w piątek przez PAP debaty pt. "Oszust to ma klawe życie, czyli dokumenty publiczne poza kontrolą".

Copyright by Artefakt.edu.pl